O strachu pisano już wiele w różnych kontekstach. Sama pisałam też o takim, z którym walczymy, który próbujemy pokonać wychodząc ze swojej bezpiecznej przystani. Strach często nas ogranicza, ale jest też taki, który po prostu siedzi w głowie i nie wyjdzie z niej do końca życia. Już wiecie o czym chcę dzisiaj napisać?

Tak będzie dzisiaj o strachu o własne dziecko, bo chyba większego nie ma.

Po krótkim i intensywnym dniu nadeszła oczekiwana noc. Pierwsza wspólna poza szpitalnymi ścianami miała być ukojeniem. O ile oczywiście warunki domowe o niebo lepsze, komfort, swoboda to sen wcale nie przyszedł łatwo. Okazało się, że nie był już nigdy taki jak przedtem. Był płytki, lekki. Kiedyś mogły strzelać armaty, jechać pociąg, lecieć samolot i nic nawet nie wzruszyło powieki. Teraz wystarczył pisk, szelest, lekki kaszel, koszmar, który momentalnie stawiał na nogi. I tak już będzie. I od tego się zaczęło…

Narodziny pierwszego dziecka to wielka radość dla rodziny, ale razem z tym w pakiecie przychodzą też obawy. Nie tylko te typu: czy sobie poradzę? Jak to będzie? Jakim będę rodzicem? Ale od razu pojawia się strach, o życie dziecka, który siedzi z tyłu głowy już do końca. I chociaż on nie trzęsie nami, nie paraliżuje to towarzyszy każdego dnia.

Pamiętam jak sama zostałam mamą. Beztroska zniknęła, zaraz po urodzeniu się dziecka. Słowa, które sama kierowałam do swojej mamy: “Czemu się martwisz?” “Nie przejmuj się” nagle zaczęły nabierać innego znaczenia. Teraz wszystko się zmieniło, bo przychodzi odpowiedzialność za drugiego człowieka, miłość i w pakiecie strach, bo wiesz, że druga strona ufa bezgranicznie. Myślałam, że kiedyś przejdzie, ale mama szybko wyprowadziła mnie z błędu. To nie minie, nawet jeśli dziecko ma 30, 35, 40 lat, mieszka 150 km dalej, nawet jeśli się nie widuje go codziennie, jeśli kontakty się zacierają. Pozostaje troska.

Strach czy dziecko będzie zdrowe, czy nie umrze, czy nie zostanie osierocone, czy go ktoś nie skrzywdzi. Wiele myśli przewija się przez głowy matek każdego dnia Empatia wchodzi na wyższy poziom. Dla mnie jako osoby wysoko wrażliwej nagle zaczęły przeszkadzać niektóre reklamy, filmy, artykuły. Nie czytam, nie oglądam, bo wiem, że to odbije się na moich myślach przez kilka dni. Cierpienie dzieci rozrywa serce na kawałki. I już nic nie będzie takie jak było, bo to natura. Bo to przychodzi i nie chce odejść.

W głowie po narodzinach rodzi się strach. Ten mechanizm włącza się automatycznie, to natura, która zapala światełko aby chronić dziecko przed krzywdą. Niektóre zwierzęta również bronią swoje młode przed drapieżnikami. To instynkt. I tak już my kobiety mamy, przeżywmy, myślimy, analizujemy. Czasami za bardzo, za mocno, nad wyraz. Dlatego grunt w tym wszystkim umieć zachować zdrowy rozsądek. Bo jest duża różnica i zarazem cienka granica między troską, naturalnym strachem, a paranoicznym lękiem o każdy ruch dziecka.

Tak jestem mamą.