Urodziny to wyjątkowy dzień w całym roku. Wraz z nim przychodzi refleksja, mnóstwo nowych pomysłów i analiz tego co było. Wydaje mi się, że każdy z nas tak ma, zwłaszcza kiedy nadchodzą okrągłe urodziny: 30, 40, 50… Dużo ostatnio myślę nad sensem, otoczeniem, priorytetami i wartościami. To skłoniło mnie do ujęcia najważniejszych 5 lekcji, którymi chciałabym się z Wami podzielić na moje 30 urodziny.

 

Kiedyś myślałam, że mając 30 lat będę już starszą Panią.

A teraz? Czuję się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Chociaż dobrze wypominam dzieciństwo, szkoły, studia, to jakoś ten czas, teraz, jest dla mnie najlepszy. Jest mi najbliższy. Tak czuję i chociaż wiem, że budzik tyka, ale nie chce się tego w kółko przerabiać i zastanawiać się co mogłabym już osiągnąć gdyby…. Czas mija po prostu, każdemu tak samo. Odkładam to na bok, akceptuje i działam jak uważam.

5 lekcji na 30 urodziny

Po pierwsze akceptacja

Skoro akceptujemy upływający czas, to też trzeba zaakceptować siebie. Ciężko nam idzie z tą samoakceptacją. Wiele lat się z tym zmagałam, zawsze coś było nie tak, coś mi nie pasowało, coś robiłam źle. Ciągle nad tym pracuję, bo jednak takie myli wracają jak bumerang. Tak więc zmieniam, próbuję, bo wiem jakie to dla mnie ważne. Akceptacja siebie i tego, co nas spotyka jest o tyle ważna, aby czuć się ze sobą dobrze każdego dnia. Na co dzień wykonujemy kawał dobrej roboty: mamy prace, wychowujemy dzieci, świetnie prowadzimy samochody, pieczemy smakowite szarlotki, opiekujemy się bliskimi, sadzimy kwiatki, …, Po prostu full serwis. I wystarczy jedno małe potknięcie, jedna niewiadoma i całe nasze zadowolenie upada. To tylko dlatego, że dzień był słabszy, a my nie mam dość wiary i akceptacji.  Może te wszystkie codzienne zmagania nie są nadzwyczajne, może każdy tak ma. Ale to nas otacza. Właśnie dlatego doceniajmy w sobie małe wysiłki, kroki w przód. Akceptujmy złe dni, akceptujmy kilka kg więcej, nie karćmy się obelgami za opuszczony trening. Akceptujmy i działajmy zgodnie ze sobą.

Materialne rzeczy to wciąż tylko rzeczy

Może i kupienie sobie nowej sukienki, pralki, mieszkania, samochodu cieszy. Oczywiście potrzebujemy tych rzeczy w mniejszym bądź większym stopniu. Rzeczy materialne ułatwiają nam życie, cieszą oko, rozczulają, a nawet bawią. Jednak to wciąż tylko rzeczy. Świat nie kończy się na gromadzeniu dóbr materialnych, one szczęścia na dłuższą metę nie dają. Nie chodzi tu o to aby nagle porzucić wszystko i stać się prawym minimalistą. Żyjmy wg. swoich zasad, ale pamiętajmy o tym, że rzeczy to tylko rzeczy – nic więcej.

Na każdym etapie życia, materialne rzeczy mają dla nas inną wartość. Przyzwyczajamy się do dóbr, rozpieszczamy siebie, zapominamy, że to, co się liczy nie wymaga miliona monet. Dobre słowo, uśmiech, kawa wypita na tarasie, spotkanie ze znajomymi. Takie małe sytuacje budują naszą codzienność, a w większym rozmachu życie. Wiem, że wiele jeszcze przede mną, ale doświadczenia które już mam pokazują, że te najmniejsze gesty, sprawy są najważniejsze.

Serio nie ma się czym przejmować

O przejmowaniu już pisałam dłuższy tekst, który był dla mnie też trochę takim rozliczeniem się ze sobą. Wracam do niego zawsze gdy się zapomnę i zrzucam na siebie lawinę myśli. Na własnej skórze przekonałam się wiele razy, że nie warto się przejmować rzeczami, na które zwyczajnie nie mamy wpływu. I chociaż to oczywiste, tak wiele z nas ciągle przy tym tkwi. Martwi nas opinia ludzi, których nawet nie lubimy. Zastanawia nas czy możemy opublikować dane zdjęcie w internecie, bo co pomyślą inni. Żyj i daj żyć innym. Zamartwianie się tylko blokuje własny rozwój, dobry nastrój, lekkość i wolność wyboru. Życie jest za krótkie na to – serio.

Eksperymenty nie są złe. Bój się i rób.

Szukanie nowych wrażeń, pokonywanie swoich słabości, wychodzenie ze strefy komfortu. Zwał jak zwał. Chodzi o to, żeby coś robić, żeby nie zatracić się w codzienności i żyć jak w automacie. Wystarczy raz na jakiś czas zrobić coś nietypowego dla nas. Ugotować nową potrawę, wybrać się w nieznane dotąd miejsce, wychylić nos poza schematyczny dzień. To już dużo, a na pewno zaprocentuje chęcią na więcej. Z czasem może pojawić się jakaś iskierka hobby, nowe pasje. 

Próbuję, chociaż nie wciąż. Czasami zapominam i wracam do tego, co mi znane, codzienne. Kiedy jednak robię krok w przód dostaję trochę nowej energii.

Mieć szczęście to wybór.

Nie ma gotowego przepisu na szczęście i nikt nie ma mocy nam go tak po protu dać. Od nas samych zależy czy skupimy się na dobrych czy złych aspektach codzienności. Niestety nic samo nie sprawi, że nagle będziemy czuć się szczęśliwi. To jakie mamy okoliczności, otoczenie i jak je interpretujemy zależy od nas. Wszyscy miewamy złe chwile, smutne, pełne cierpienia. Za każdym z nas stoi inna historia. Jednak w obliczu i tych chwil to my mamy wybór jak przejdziemy do codzienności i czy zabierzemy do niej żal. 

Zapraszanie do swojej codzienności emocji, nastroju, towarzystwa zależy od nas. Mamy wybór czy zaprosimy szczęście.

 

Nie jestem idealna. Pewnie mogłabym bardziej, mocniej, pewniej. Pracuje nad sobą, ale na swoich zasadach. Śmieje się, wzdycham i rozczulam. Czasami może nieodpowiednio się zachowam, wybuchnę śmiechem w najmniej oczekiwanym momencie. Popełniam gafy, jak każdy i smucę się w gorszy dzień. Chce każdego dnia rano budzić się z myślą, że fajnie tu być, coś zdziałać, kogoś zobaczyć.

Jakie są Wasze życiowe lekcje, które towarzyszą Wam na co dzień?